Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
195 postów 56 komentarzy

Natalia Julia Nowak

Natalia Julia Nowak - No hope, no fear

Ho Chi Minh. Wietnamski Gomułka i jego nacjonalkomunizm

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Na pierwszym miejscu stawiał niepodległość, na drugim - rewolucję społeczną i gospodarczą. Wygrał dwie wojny, a jego następcy wygrali trzecią.

 

“Jeśli jutro Wietnamczycy
staną się komunistami,
będą wietnamskimi komunistami.
I to jest coś, czego Wy
nigdy nie rozumieliście.
Wy, Amerykanie”

“If tomorrow the Vietnamese
are Communists,
they will be Vietnamese Communists.
And this is something that you
never understood,
you American”


Cytat z filmu
“Czas Apokalipsy”
(“Apocalypse Now“)
Francisa Forda Coppoli



Mniejszość w mniejszości

W Europie Środkowo-Wschodniej, a więc również w Polsce, pronarodowa odmiana komunizmu była koncepcją słabo znaną i niewiele znaczącą. Komuniści, którzy odrzucali tradycyjny, antynarodowy, globalistyczny marksizm, stanowili mniejszość w mniejszości. Najdobitniej świadczy o tym wyrażenie “odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”, które w latach 40. i 50. XX wieku stanowiło rodzaj łatki przypinanej ludziom pokroju Władysława Gomułki. Już samo słowo “odchylenie” sugeruje, że mamy do czynienia z jakąś herezją, ekstrawagancją, innowacją, rozbieżnością z obowiązującą linią ideologiczną. Zgodnie z tym, co powiedział prof. Kazimierz Kik w jednym z odcinków programu “Spór o historię” (TVP 2011), propolski Gomułka “nie pasował do tamtej epoki”. Zdaniem historyka, w stalinowskim świecie nie było miejsca dla takich jednostek, zwłaszcza w samym środowisku komunistycznym. Jeśli jakiś “odchyleniec”, mimo niesprzyjającego klimatu politycznego, otwarcie wyrażał swoje nieprawomyślne poglądy, najczęściej był po prostu mordowany. “Wiemy, że cała Europa Środkowo-Wschodnia została zrównana z ziemią prawie, jeżeli chodzi o dysydentów, znaczy o ludzi, komunistów myślących kategoriami narodowymi. (…) Los Gomułki był jednak najłagodniejszy, wiemy wszyscy, że Bierut go wyratował, uratował od stryczka czy od więzienia” - stwierdził Kik. Zupełnie inaczej przedstawiała się sytuacja na kontynencie azjatyckim. Tam tendencje prawicowo-nacjonalistyczne nie były odchyleniem, tylko panującym standardem. Dobrym tego przykładem jest kazus Wietnamu. A wszystko przez niejakiego Ho Chi Minha.


Problem z Chińczykami

Wietnam to kraj obdarzony bogatymi tradycjami niepodległościowymi. Naród, który na przestrzeni kilku tysiącleci wielokrotnie stawiał opór potężnym agresorom, okupantom i zaborcom, po prostu nie mógł wyrosnąć na kosmopolityczną masę. Romantyczne dzieje wspólnoty wietnamskiej przedstawiła Małgorzata Ławacz, autorka publikacji “Ważniejsze daty z historii Wietnamu” zamieszczonej w roczniku “Azja-Pacyfik” (tom XII, 2009 rok, Wydawnictwo Adam Marszałek, Towarzystwo Azji i Pacyfiku, SWPS). Przeglądając rzeczone kalendarium, można odnieść wrażenie, że odwiecznymi wrogami Wietnamczyków byli/są Chińczycy, którzy niejednokrotnie podejmowali próby podbicia Wietnamu. Choć w sferze militarnej starania te często kończyły się sukcesem, Państwo Środka nigdy nie zdołało odebrać Wietnamczykom ich tożsamości narodowej. Wietnamczycy pozostali przekonani o swojej odrębności od Chińczyków i nie zmieniła tego nawet polityka sinizacji prowadzona przez chińskich najeźdźców. Owszem, naród wietnamski pozwolił sobie wcisnąć chińską filozofię, ale sprytnie pogodził ją z tradycyjnymi kultami plemiennymi. Twórcy wietnamskiej kultury również postawili na oryginalność. Nawet, jeśli czasem podpatrywali Chińczyków, zawsze traktowali ich wzorce jedynie jako inspirację do rozwoju kultury narodowej. Wietnamczycy chętnie podnosili rękę przeciwko zaborcom. Pierwszy wielki zryw miał miejsce w latach 40-43 naszej ery. Powstanie ostatecznie upadło, a jego dowódczynie, siostry Trung, popełniły honorowe samobójstwo. Mimo to, duch w narodzie nie zginął. Później było jeszcze wiele patriotycznych buntów.


Problem z Francuzami

Z publikacji Ławacz wynika, że w XVI-XVII wieku Wietnamczycy “dorobili się” kolejnego wroga: Europejczyków, zwłaszcza Francuzów. Przybysze ze Starego Kontynentu (który, ze względu na swoją krótką historię, powinien być nazywany Nowym Kontynentem) zaczęli zakładać na ich ziemiach faktorie kupieckie, a potem także osady. Gospodarczej kolonizacji Wietnamu towarzyszyły próby akulturacji tubylców. Biali intruzi budowali bowiem chrześcijańskie świątynie i prowadzili akcję chrystianizacji autochtonów. Zemściło się to na nich w pierwszej połowie XIX wieku, kiedy to cesarzem Wietnamu został Minh Mang. Władca ten postawił sobie za cel wykorzenienie chrześcijaństwa z Wietnamu. Zwalczał nie tylko obcą religię, ale również, niestety, jej wyznawców. Prawdę mówiąc, okrutnie ich prześladował. Jakby tego było mało, Minh Mang prowadził wojnę z buddyzmem i taoizmem, umacniał natomiast konfucjanizm. Od roku 1858 trwał zbrojny podbój Wietnamu przez Francję. Pod koniec lat 60. XIX stulecia całe południe kraju było już w rękach Francuzów. Lata 1883-1884 to czas ostatecznej, francuskiej wasalizacji Wietnamu. Rodacy Napoleona uczynili z niego niesuwerenne terytorium podzielone na trzy części: Tonkin, Annam i Kochinchinę. Tej ostatniej przyznali status kolonii, pozostałe ziemie funkcjonowały zaś jako protektoraty. W następnych latach Francuzi powołali do życia Unię Indochińską, jednocząc pod tym szyldem Wietnam, Kambodżę i Laos. Na początku XX wieku zrodził się wietnamski ruch narodowo-demokratyczny. W latach 20. endecy zaczęli wyraźnie skręcać w lewo i wysuwać postulaty rewolucyjne.


Problem z Japończykami

Uwarunkowania, które opisałam w poprzednich akapitach, to swoista gleba, na której wyrósł narodowy komunista Ho Chi Minh. Według Małgorzaty Ławacz, wspomniany człowiek już w latach 30. XX wieku sympatyzował z radykalną lewicą. To on, a nie kto inny, założył Komunistyczną Partię Indochin, przemianowaną później na Komunistyczną Partię Wietnamu. Zachował jednak w sercu tradycyjny, wietnamski patriotyzm, co dało o sobie znać podczas II wojny światowej. Od roku 1940 Indochiny znajdowały się pod panowaniem rządu Vichy, który w Europie kolaborował z Niemcami, a w Azji z Japonią. Pronazistowscy Francuzi wyrazili zgodę na wkroczenie wojsk japońskich do Indochin. Tego było już za wiele. Honorowi Wietnamczycy, bez względu na poglądy polityczne, doszli do wniosku, że trzeba wreszcie powiedzieć “NIE” obcemu zwierzchnictwu. Na czele buntowników stanął Ho Chi Minh, który powołał do życia “szeroki front porozumienia narodowego Viet Minh”. Był to patriotyczny ruch oporu współpracujący z aliantami, a dokładniej - ze Stanami Zjednoczonymi. Celem Viet Minhu było wyzwolenie Indochin spod japońskiej okupacji, obalenie francuskich władz kolonialnych i wskrzeszenie niepodległego państwa wietnamskiego. Wszystko byłoby OK, gdyby nie poglądy samego Ho Chi Minha, który liczył na to, że odrodzony Wietnam będzie państwem komunistycznym. W sierpniu 1945 roku wybuchło ogólnonarodowe powstanie, które zakończyło się zwycięstwem Viet Minhu. Proklamowano Demokratyczną Republikę Wietnamu, na razie jeszcze liberalną i pluralistyczną. Nasuwało się pytanie: co dalej, zwłaszcza z Francuzami?


Problem z Amerykanami

Zgodnie z tym, co podaje Ławacz, w drugiej połowie 1945 roku zaczęło się wielkie rozbrajanie wojsk japońskich stacjonujących w Wietnamie. W południowej części kraju zajmowali się tym Brytyjczycy, a w północnej - nacjonalistyczni Chińczycy (Kuomintang). Wszystko wskazywało na to, że Wietnam wróci kiedyś w ręce Francuzów. Ho Chi Minh znajdował się w trudnym położeniu. Marzył o tym, żeby jego ojczyzna była suwerenna i urządzona według zasad komunizmu. Wiedział jednak, że stoi w obliczu czterech nieprzyjaciół: Francuzów (znienawidzonych kolonizatorów), Japończyków (okupantów z czasów II wojny światowej), Chińczyków (odwiecznych wrogów) i Amerykanów (kapitalistycznych imperialistów). Naród wietnamski także dostrzegał, że sytuacja jest skomplikowana. Wszyscy chcieli niepodległości, ale różnie oceniali stopień zagrożenia ze strony poszczególnych graczy. Wietnamczycy bali się powrotu francuskiej władzy, lecz byli i tacy, których jeszcze bardziej przerażała obecność Chińczyków. Mieszkańcy Wietnamu różnili się światopoglądowo, a zatem mieli rozmaite wizje powojennej rzeczywistości. Niektórzy - z Ho Chi Minhem na czele - życzyli sobie ustroju komunistycznego. Inni mówili: “Komunizm? Po moim trupie!”. Do tego dochodził problem z Amerykanami. Nikt nie negował faktu, że USA pomogły Wietnamczykom pokonać Japończyków, ale przecież zaczynała się zimna wojna i trzeba było wybrać którąś ze stron barykady. Francuzi nie chcieli rezygnować ze swoich wpływów w Azji Południowo-Wschodniej. Napięcie wciąż rosło. Wszystko zmierzało ku nowemu konfliktowi. A nawet dwóm konfliktom.


I wojna indochińska

Małgorzata Ławacz pisze, że w 1946 roku Francja rozpętała I wojnę indochińską. Powodem tej decyzji była niezgoda na usamodzielnienie się Tonkinu, Annamu i Kochinchiny. Rodacy Napoleona postanowili użyć siły, chociaż Wietnamczycy od dłuższego czasu zabiegali o pokojowe rozwiązanie sporu. Francuzom udało się zdobyć tylko południową część Wietnamu. Zresztą, nie na długo, bo już w 1954 roku ponieśli sromotną klęskę pod Dien Bien Phu. Właśnie wtedy, w połowie lat 50. XX wieku, dawni kolonizatorzy przegrali nie tylko bitwę, ale i wojnę. Porażka pod Dien Bien Phu była smutnym finałem ich szarogęszenia się na Półwyspie Indochińskim. Francuzi zrozumieli wreszcie, że muszą zwinąć manatki i wynieść się z Wietnamu. W lipcu 1954 roku doszło do ratyfikacji układów genewskich. Przewidywały one między innymi “ustalenie linii demarkacyjnej wzdłuż 17. równoleżnika do czasu przeprowadzenia w 1956 r. wyborów w celu zjednoczenia kraju”. Elekcja, którą zapowiedziano na rok 1956, nie doszła do skutku, gdyż “demokraci” z Zachodu przestraszyli się jej możliwego wyniku. Zachodniacy woleli odwołać głosowanie niż pozwolić Wietnamczykom na wybranie Ho Chi Minha. Granica między Wietnamem Północnym a Wietnamem Południowym została zachowana. Wkrótce okazało się, że wśród ludzi zmuszonych do życia w Wietnamie Południowym są fanatyczni zwolennicy Ho Chi Minha, którzy zrobią bardzo wiele, aby zjednoczyć kraj i uczynić swojego mistrza wodzem wszystkich Wietnamczyków. Z tej grupy desperatów utworzono narodowo-komunistyczną partyzantkę, czyli Wietkong. Rząd północnowietnamski ewidentnie maczał w tym palce.


II wojna indochińska

Z dalszej części artykułu Ławacz dowiadujemy się, że działalność Wietkongu (na Południu) i polityka nacjonalkomunistów (na Północy) stały się przyczyną wybuchu II wojny indochińskiej, znanej powszechnie jako “wojna w Wietnamie” lub “wojna wietnamska”. Tym razem agresorem były Stany Zjednoczone, które w 1964 roku rozpoczęły bombardowanie Wietnamu Północnego. Rok później Amerykanie użyli swoich wojsk w Wietnamie Południowym, żeby wspomóc tamtejszą armię w zmaganiach z szalejącym Wietkongiem. Okazało się jednak, że świetnie wyszkoleni i znakomicie uzbrojeni Jankesi nie mogą sobie poradzić z prymitywną partyzantką z kraju Trzeciego Świata. Po dziewięciu latach syzyfowej pracy (a raczej walki) USA postanowiły dać sobie z nią spokój. W styczniu 1973 roku podpisano układy paryskie, które zakończyły kompromitujący, nieuzasadniony, bezproduktywny i przynoszący same szkody pobyt Amerykanów na Półwyspie Indochińskim. Jankesi uciekli z płaczem do mamusi, tak jak niegdyś Francuzi. Dwa lata później stało się to, co stać się musiało. Doszło do zjednoczenia Wietnamu Północnego z Wietnamem Południowym, ale nie na drodze dyplomatycznej, tylko w wyniku najazdu Północy na Południe. Armia północnowietnamska przekroczyła granicę swojego południowego sąsiada, zdławiła wszelki opór, zlikwidowała demoliberalny aparat władzy i wprowadziła własne, represyjne, autorytarne rządy. Stolica Wietnamu Południowego, Sajgon, została przemianowana na Ho Chi Minh City. Reżim nacjonalkomunistyczny zelżał dopiero w roku 1986, po swoistej pieriestrojce zwanej “doi moi” (“odnowa”).


Wypełnione przeznaczenie

Ho Chi Minh był głową Wietnamu Północnego w latach 1954-1969 (okres niemal całkowicie pokrywający się z epoką gomułkowską w Polsce!). Nie dożył scalenia swojej ojczyzny. Zmarł w środku II wojny indochińskiej, gdy przyszłość Wietnamu jawiła się światu jako wielka niewiadoma. Jeśli wierzyć polskojęzycznej Wikipedii, północnowietnamski prezydent nie był entuzjastą Wietkongu. Ho sprzeciwiał się podejmowaniu radykalnych działań zmierzających do szybkiego połączenia Północy z Południem (pod tym względem również przypominał Gomułkę, który protestował przeciwko szowinistycznemu wchłonięciu PPS przez PPR. Towarzysz “Wiesław“, broniąc Polskiej Partii Socjalistycznej, mocno podkreślał jej niepodległościowe tradycje). Wojna, prowadzona rękami wietkongistów, musiała być dla niego ogromnym stresem. Podobno przyczyną śmierci starego patrioty okazał się zawał serca. Ho Chi Minh, który umarł w 1969 roku, nie miał nic wspólnego z atakiem Wietnamu Północnego na Wietnam Południowy w połowie lat 70. Trudno go zatem winić za pacyfikację Południa, czyli bezwzględny terror, jaki towarzyszył instalowaniu nowej władzy w anektowanym państwie południowowietnamskim. Czy historia musiała się potoczyć w ten sposób? Czy II wojnie indochińskiej i dalszym tragediom można było zapobiec? Wszystko wskazuje na to, że przeznaczeniem Wietnamu było zjednoczenie Północy z Południem. Ale wypełniłoby się ono mniej dramatycznie, gdyby w roku 1956 odbyły się planowane od dawna wybory. Jak pamiętamy, głosowanie zostało udaremnione przez Zachód, który widocznie uwierzył w możliwość oszukania losu.


Konkwista 1975

Zatrzymajmy się teraz przy problemie terroru, w jakim pogrążyła się część Wietnamu, gdy napastnicza Północ przyłączyła do siebie napadnięte Południe. Temat ten został starannie opisany przez Artura Dmochowskiego w książce “Wietnam 1962-1975” (cykl “Historyczne bitwy”, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2003). Rzeczone źródło podaje, że jedną z form represji wobec podbitej społeczności była dyskryminacja Południowców w życiu publicznym. Kluczowe stanowiska w aparacie państwowym zarezerwowano dla ludzi o północnowietnamskim rodowodzie. Zasada ta dotyczyła także obszarów południowych, na które wysyłano partyjnych aparatczyków z Wietnamu Północnego. Temu rozmyślnemu blokowaniu karier towarzyszyło umniejszanie roli południowych rebeliantów w dziele zjednoczenia kraju. Liczni nacjonalkomuniści z Południa, w tym bojownicy Wietkongu, czuli się więc zdradzeni. W Sajgonie aresztowano demoliberalnych urzędników, a na prowincji organizowano procesy pokazowe, które niejednokrotnie kończyły się wyrokami śmierci i bestialskimi egzekucjami. Morderstwa polityczne nie były jednak zjawiskiem masowym. Reżim narodowo-komunistyczny nie dążył do wybicia swoich przeciwników, wolał ich raczej reedukować, czyli poddawać praniu mózgu (“cai tao” - “reforma myśli”). Nawracaniu opozycjonistów służyła sieć obozów koncentracyjnych, którą badacz Nguyen Van Canh określił epitetem “bambusowy Gułag”. Centra indoktrynacji otwierano w miejscach trudnodostępnych: niegościnnych dżunglach. Więźniowie byli okrutnie traktowani i narażeni na choroby tropikalne, takie jak choćby malaria.


“First Blood”

Skoro już jesteśmy przy temacie wietnamskich obozów koncentracyjnych, zajrzyjmy do amerykańskiej powieści sensacyjnej, w której pojawia się motyw bambusowego łagru funkcjonującego na długo przed rokiem 1975. Książka, którą mam na myśli, to bestsellerowa “Pierwsza krew” Davida Morrella. Utwór został opublikowany w 1972 roku. Dziesięć lat później doczekał się swobodnej, złagodzonej adaptacji w postaci filmu Teda Kotcheffa. Polski przekład powieści, do którego udało mi się dotrzeć, jest dziełem Roberta Stillera. Główny bohater “Pierwszej krwi” (Rambo) to bezdomny weteran, który prowadzi żywot włóczęgi wdającego się w nieustanne awantury. Gdy zostaje aresztowany przez pewnego szeryfa, powracają do niego drastyczne wspomnienia z obozu pracy, w którym przebywał podczas wojny wietnamskiej. “Jama była głęboka na trzy metry, a tak wąska, że ledwie mógł usiąść w niej z wyciągniętymi nogami. Wieczorem przychodzili czasem z latarkami, żeby przyjrzeć mu się z góry przez bambusową kratę. (…) Z początku nie rozumiał, po co mu opatrują rany, kiedy jest nieprzytomny: te cięcia na piersi, gdzie oficer wbijał mu raz po raz cienki nóż i ciągnął nim w poprzek, zgrzytając po żebrach; i poszarpane plecy, gdzie oficer czaił się, aby nagle smagnąć. (…) Niebawem zaczęli na niego zwalać coraz więcej robót, coraz to cięższych, jeść mu dawali coraz mniej, pracować kazali dłużej, spać krócej. Połapał się, w czym rzecz. (…) Nie mogąc już wydobyć z niego informacji, opatrzyli mu rany, żeby się z nim jeszcze pobawić i sprawdzić, ile zniesie, zanim go to zabije” - czytamy w utworze. Takie piekło zgotował jankeski rząd swoim obywatelom-żołnierzom.


“Rambo: First Blood Part II”

W 1985 roku wszedł na ekrany film “Rambo II” oparty na oryginalnym scenariuszu przygotowanym przez Jamesa Camerona i Sylvestra Stallone‘a. Produkcję wyreżyserował George Pan Cosmatos. David Morrell napisał na jej podstawie powieść, która okazała się zaostrzoną wersją kinowego przeboju. Akcja obu dziełek kręci się wokół bambusowego łagru funkcjonującego już w zjednoczonym Wietnamie. Podobno jest to ten sam łagier, w którym protagonista cierpiał podczas II wojny indochińskiej. Oto kilka zdań z książki, a raczej z polskiego przekładu autorstwa Jana Kraśki: “Nigdy nie oglądał obozu z tej perspektywy, mimo to natychmiast to miejsce rozpoznał. (…) Szambo, kozły, liny i krzyże, na których go torturowano, bambusowe klatki tak ciasne i małe, że nie można było w nich ani usiąść, ani stać, bolące, bo wiecznie zgięte kolana, broda wiecznie przyciśnięta do piersi, koszmarny ból wiecznie zgiętego karku (…). Po obu stronach, w najbardziej newralgicznych punktach, rozmieszczono wieże strażnicze. Ich projektanci wykorzystali fakt, że u podnóża stoków rosły dwa wysokie drzewa - pnie posłużyły za podstawę wież, a na rozłożystych konarach ulokowano strażnicze budki. (…) Kolczasty drut rozciągnięty między drewnianymi słupami otaczał cały obóz, tworząc koślawy kwadrat. (…) Wejście do obozu - wielka drewniana brama z budką strażnika po prawej stronie - znajdowało się bezpośrednio pod nimi; i w tym wypadku wykorzystano miejscowy budulec - za tylną ścianę budki służył szeroki pień drzewa”. Utwór Morrella to czysta fikcja, ale tajne łagry w azjatyckich dżunglach istniały naprawdę. Potwierdza to historyk Dmochowski[1].


“Rambo III”

Po porażce wietnamskiej, która ośmieszyła amerykańskich decydentów, przyszła zupełnie nieśmieszna porażka afgańska. Jankesi, chcąc zrobić na złość Sowietom, zaczęli bowiem finansować mudżahedinów. Najpierw ucierpiał na tym sam Afganistan, w którym przejęli władzę talibowie. Następnie “dostało się” niewinnym mieszkańcom Nowego Jorku, którzy zginęli w zamachu na World Trade Center. Kolejne lata to liczne, amerykańskie wojny w krajach MENA. Przyniosły one śmierć, zniszczenie, destabilizację regionu oraz kryzys imigracyjny, z którym wiążą się coraz częstsze ataki terrorystyczne w Europie. W filmie “Rambo III” z 1988 roku (reżyseria: Peter MacDonald. Scenariusz: Sheldon Lettich, Sylvester Stallone) tytułowy bohater jest namawiany do udziału w jankeskiej misji na terenie Afganistanu. Mimo gorących próśb ze strony pułkownika Trautmana, Rambo nie wykazuje żadnego zainteresowania wspieraniem mudżahedinów. Trautman postanawia, że pojedzie bez swojego ulubieńca. Po dotarciu na miejsce pułkownik zostaje pojmany przez Sowietów. Rambo, na wieść o uprowadzeniu Trautmana, wyjeżdża do Afganistanu. Nie po to, żeby wspierać dżihadystów, tylko po to, żeby odbić swojego przyjaciela. Gdy oficer zostaje uratowany, główny bohater grzecznie, lecz stanowczo odmawia Afgańczykom pozostania w ich kraju. Filmowi mudżahedini wydają się dość sympatyczni. Ale już w powieści Davida Morrella, przetłumaczonej na polszczyznę przez Macieja Pertyńskiego, islamiści są nieżyczliwi i niebezpieczni. Zmuszają nawet Rambo, żeby zdjął swój wisiorek z Buddą. Cytat: “Jeśli go nie zdejmie, może spowodować własną śmierć”.


“Mój przyjaciel słoń”

Wróćmy jednak do problematyki wietnamskiej. Ciekawym opowiadaniem, które odkryłam zupełnie przypadkowo, jest “Mój przyjaciel słoń” Wojciecha Żukrowskiego (1957). Utwór, adresowany do starszych dzieci, ukazuje Wietnam w przededniu wybuchu II wojny światowej, a później także podczas brutalnej okupacji japońskiej. Autor tekstu wiedział bardzo dużo zarówno o wojnie, jak i o realiach życia na Półwyspie Indochińskim. Umiał też zrozumieć wietnamski nacjonalkomunizm. Podczas okupacji niemieckiej - na terenie Polski - Żukrowski służył w AK i AL. W latach 50. pracował jako korespondent wojenny w Wietnamie, a w latach 60. obracał się w środowisku moczarowców. To właśnie on napisał scenariusz do filmu “Barwy walki” Jerzego Passendorfera. Podobno to również on był prawdziwym autorem książki “Barwy walki” przypisywanej Mieczysławowi Moczarowi. Głównym bohaterem “Mojego przyjaciela słonia” jest ubogi wietnamski chłopiec, Hoang Kao Wan, w którym rozwija się bunt przeciwko niesprawiedliwości społecznej. Dzieciak zaczyna jednak dostrzegać, że bogaty Wietnamczyk, który wyzyskuje okolicznych chłopów, jest takim samym niewolnikiem jak oni. Pan Bao zmusza swoich pracowników, żeby oddawali coraz większe ilości ryżu, gdyż właśnie tego wymagają od niego Francuzi. Hoang rośnie na małego marksistę. Ale już wkrótce przyjdzie mu się przekonać, że istnieje coś jeszcze ważniejszego od dobrobytu: wolność. Gdy nadejdą okrutne rządy Japończyków, chłopiec wstąpi do patriotycznego ruchu oporu. Wraz z dzielnymi partyzantami i mądrym słoniem-robotnikiem weźmie udział w akcji odbicia męczonego więźnia.


Nguyen Sinh Cung

Dzieje Ho Chi Minha zostały opisane w artykule “Ho Chi Minh - życie i działalność (w 120. rocznicę urodzin)” Mariusza Karwowskiego. Tekst doczekał się publikacji na łamach periodyku “Azja-Pacyfik”. Zamieszczono go w tym samym numerze, w którym przedstawiono materiał Małgorzaty Ławacz. Wartościowym źródłem, z którego można zaczerpnąć odrobinę informacji dotyczących słynnego Wietnamczyka, jest także film dokumentalny “Ho Chi Minh” (cykl “Biography”, A&E Television Networks, 2009 rok, Planete Polska, Studio Publishing). Ho urodził się jeszcze w XIX wieku, w pierwszej połowie lat 90. tego stulecia. Pochodził z patriotycznej rodziny, która nie wahała się prowadzić działalności antykolonialnej. Region, w którym przyszedł na świat, słynął z bohaterskiego oporu przeciwko Chińczykom w starożytności i średniowieczu. To właśnie tutaj, w prowincji Nghe An, powstała także wietnamska endecja. Ho Chi Minh nazywał się naprawdę Nguyen Sinh Cung. Obrana droga życiowa zmuszała go jednak do nieustannego zmieniania nazwisk. Jeden z pierwszych pseudonimów, jakimi posługiwał się przyszły prezydent, brzmiał “Nguyen Ai Quoc” - “Nguyen Patriota”. Nacjonalkomunista został “Ho Chi Minhem” stosunkowo późno, bo dopiero podczas II wojny światowej. Imię, pod którym przeszedł do historii, oznacza w języku wietnamskim “Niosący Światło”. Ho nagminnie zmieniał nie tylko tożsamości, ale i sojusze polityczne. Jedynym stałym elementem w jego życiu był cel nadrzędny: niepodległość Wietnamu. Azjata złożył na ołtarzu ojczyzny swoją własną reputację. Wykorzystywał bliźnich w imię wyższego dobra (cel uświęca środki?).


Światowiec-niepodległościowiec

Ho Chi Minh nie wywodził się z klasy robotniczej. Był synem urzędnika, człowieka wykształconego, zamożnego i wpływowego. Przyszły polityk - posłany, z przyczyn prestiżowych, do francuskiej szkoły - wcześnie zetknął się z ideami Wolności, Równości i Braterstwa. Podobały mu się te hasła, ale dostrzegał, że Francuzi kompletnie o nich zapominają na podbitych przez siebie terenach. W orientalnym młodzieńcu kształtowało się jednocześnie kilka postaw: wrażliwość społeczna, reformatorskie zapędy, patriotyzm oraz nacjonalizm niewykluczający otwartości umysłowej. Ojciec Ho Chi Minha, angażujący się w działalność narodowowyzwoleńczą, został ostatecznie zdegradowany, skazany na więzienie i zmuszony do wykonywania prostych prac. Młody Ho również doświadczył francuskich represji. W roku 1908 relegowano go z uczelni za udział w antykolonialnych rozruchach. Konflikt z okupantami, a także osobiste ambicje zadecydowały o jego wyjeździe z Indochin w 1911 roku. Chłopak popłynął do Marsylii, gdzie próbował wstąpić do akademii kształcącej urzędników kolonialnych. Francuzi odrzucili jego podanie. Od tej pory młodzieniec był proletariuszem zmieniającym środowiska i kontynenty jak rękawiczki. Mieszkał w Nowym Jorku, Bostonie, Londynie i Paryżu. W 1919 roku rozpoczął poważną działalność polityczną. Współpracował z czołowymi przedstawicielami wietnamskiej emigracji niepodległościowej oraz pogłębiał swoje marksistowskie zacietrzewienie. Pisał artykuły do czasopism lewicowych i antykolonialnych. Ponadto zamieszczał swoje teksty w prasie sportowej i recenzował filmy dla magazynu “Cinegraph”.


Rozczarowanie Zachodem

O tym, że Ho Chi Minh związał się z komunistami, przesądziła lektura jednej z broszur Włodzimierza Lenina, w której autor obłudnie pochylał się nad losem zniewolonych narodów. Faktem jest, że w okresie okołorewolucyjnym bolszewicy udawali ludzi przejętych dolą uciśnionych etnosów. Ale faktem jest też, że bardzo szybko zrzucili z siebie tę maskę, a współczucie i tolerancję zamienili na czystki etniczne i politykę rusyfikacji. Socjalistą, który chwilowo uwierzył w szlachetne intencje bolszewików, był sam Józef Piłsudski. Tym, co pchnęło Ho Chi Minha w ramiona Kominternu, było zlekceważenie kwestii wietnamskiej na Konferencji Wersalskiej. Gdy skończyła się I wojna światowa, Ho i inni wietnamscy aktywiści postanowili zawalczyć o swój kraj. Wystosowali do dyplomatów oficjalne pismo, w którym upomnieli się o autonomię dla Wietnamu. Niestety, Ho Chi Minh i jego przyjaciele nie mieli takiego talentu, jak Roman Dmowski. Ich patriotyczny list został zignorowany. Ho doszedł do wniosku, że skoro Zachód nie chce pomóc Wietnamczykom, to należy poszukać pomocy gdzieś indziej. Wybrał Sowietów i ich popleczników. W 1923 roku Ho Chi Minh “walczył” o niepodległość ojczyzny na forum Trzeciej Międzynarodówki. W późniejszych latach wykonywał wiele zadań zleconych mu przez Komintern, np. organizował partie komunistyczne w Tajlandii, Hongkongu i południowych Chinach. Odważnie łączył postulaty marksistowskie z antykolonialnymi. Wierzył, że czerwona rewolucja przyniesie Wietnamowi suwerenność. Marzył o “socjalizmie w jednym kraju”. Wiedział jednak, że aby zbudować taki socjalizm, najpierw trzeba mieć ów kraj.


Chorągiewka na wietrze

Ho Chi Minh zawsze stosował taktykę, którą śmiało można nazwać polityczną prostytucją. Azjata podlizywał się każdemu, od kogo mógł coś uzyskać. Jako komunista w kuomintangowskich Chinach korzystał z gościnności tamtejszych narodowców. Później, gdy przyszło co do czego, gratulował Mao Tse-tungowi zwycięstwa nad Czang Kaj-szekiem. Wietnamczyk zapewne nie lubił Chińczyków, ale bił im pokłony, kiedy zależało mu na uznaniu Demokratycznej Republiki Wietnamu przez Chińską Republikę Ludową. Ho, który około roku 1920 sprzymierzył się z Sowietami, często odwiedzał ZSRR. W latach 30. przestał być tam mile widziany. Stalinowcy traktowali go coraz gorzej. Dawali mu odczuć, że jest człowiekiem z innej bajki, ma niewłaściwe poglądy i burżuazyjne pochodzenie. Mimo to, Ho Chi Minh do samego końca lizał buty Stalinowi, szczególnie wtedy, gdy sowiecki dyktator był mu do czegoś potrzebny. Na początku zimnej wojny Ho zaczął również łasić się do USA. Tak nachalnie, że w wydawanych przez siebie dokumentach stosował sformułowania rodem z amerykańskiej deklaracji niepodległości. Pertraktując z Amerykanami, porównywał wietnamską walkę o suwerenność do wydarzeń, które miały miejsce w Ameryce Północnej w drugiej połowie XVIII wieku. Dwadzieścia lat później prowadził z Jankesami krwawą wojnę. Ho Chi Minh przez większość swojego życia zwalczał francuski kolonializm. Lecz gdy zbliżała się I wojna indochińska, pojechał do Europy, żeby umizgiwać się do Francuzów. Zaproponował im “niepodległy Wietnam we francuskiej strefie wpływów”[2]. Mężczyzna cenił byt swojego kraju bardziej niż własną godność.


Hierarchia wartości

“Wujek Ho” (jak go pieszczotliwie nazywano) był postacią szalenie skomplikowaną. Należał do jednostek, które można kochać lub nienawidzić. Bez wątpienia był zdolnym politykiem: sprytnym, zręcznym i skutecznym. Dyskusyjną kwestią pozostaje to, czy obrana przez niego strategia mieściła się w granicach etyki życia publicznego. W poprzednim akapicie zawyrokowałam, że zachowanie Azjaty w dużej mierze przypominało prostytucję. Ale chyba właśnie na tym polega prawdziwa polityka. Ho Chi Minh nie działał zresztą w imię osobistych korzyści, tylko w imię sprawy narodowej, która była dla niego priorytetem. Wietnamczyk przyjął wybitnie nacjonalistyczną hierarchię wartości, tzn. najpierw ojczyzna, a dopiero potem inne dobra (w jego przypadku: rewolucja społeczno-gospodarcza). Kiedy osiągnął główny cel, czyli obalił francuski kolonializm, mógł już przystąpić do realizacji celów drugorzędnych. I wówczas zaczął się problem. Okazało się bowiem, że Ho Chi Minh kocha swoich rodaków, ale nie wszystkich. Gdy powstało suwerenne państwo północnowietnamskie, “wujek Ho” zajął się maoistowską reformą rolną. Jej przebieg przypominał wylewanie dziecka z kąpielą. Nagle wyszło na jaw, że część Wietnamczyków, która zapewne marzyła o wolności tak samo jak reszta, jest w Wietnamie Północnym niechciana i niepotrzebna. Mowa tutaj o bogatych przedstawicielach klasy posiadającej, których po prostu wymordowano. Umiłowany Ho, architekt wietnamskiej niepodległości, stał się katem własnego narodu. Ludobójstwo popełnione na “zawadzających” Wietnamczykach (dziedzicach, obszarnikach) kładzie się cieniem na jego życiorysie.


Upiory dżungli

Wróćmy teraz do pojęcia, które w niniejszym artykule pojawiło się kilkakrotnie. Wietkong. Na dźwięk tego słowa amerykańscy komandosi “robili” w portki ze strachu. Czym była organizacja, która dała Jankesom wycisk, jakiego nigdy wcześniej nie zasmakowali? Fenomenowi Wietkongu przyjrzał się Artur Dmochowski w przywoływanej już książce “Wietnam 1962-1975”. Autor pisze, że oficjalna nazwa nacjonalkomunistycznej partyzantki brzmiała Narodowy Front Wyzwolenia Wietnamu Południowego. Określenie “Wietkong” - “Wietnamscy Komuniści” stworzył południowowietnamski dyktator Ngo Dinh Diem. Liczył on na to, że brzydkie miano, a raczej negatywna konotacja związana z wyrazem “komuniści” skutecznie odstraszy Południowców od groźnej bojówki. Przeliczył się. Dmochowski konstatuje: “Diem wymyślił nie tylko nazwę Viet Congu, ale wspólnie z Nhu stał się jego współzałożycielem, bowiem do zorganizowanego przez komunistów Narodowego Frontu Wyzwolenia pchnął wiele grup, które inaczej nigdy by się tam nie znalazły”. Co to ma znaczyć? Otóż Ngo prowadził niezwykle represyjną politykę wobec swoich przeciwników. Ograniczał wolność słowa, więził niepokornych i poddawał ich wymyślnym torturom. Jego ofiarą padali komuniści, jak również ludzie, którzy nie sympatyzowali z ruchem robotniczym (np. narodowcy). Znaczną część wietkongistów stanowiły zatem osoby, które nie miały nic wspólnego z komunizmem, ale szły do lasu - azjatyckiej dżungli - gdyż zmuszała je do tego sytuacja polityczna. Byli to patrioci pragnący jedności, suwerenności i obalenia Diema. Warto o tym pamiętać podczas dyskusji o historii.


Public Relations

Według Dmochowskiego, Wietkong (“zdalnie sterowany” przez przywódców Wietnamu Północnego, ale pozujący na spontaniczną inicjatywę Południowców) w dużej mierze żerował na legendzie Viet Minhu. Narodowo-komunistyczna propaganda ukazywała go jako kolejne wcielenie pluralistycznego, ogólnowietnamskiego ruchu niepodległościowego, tym razem wymierzonego w okupanta amerykańskiego. Na kongres założycielski partyzantki zaproszono członków różnych partii i stowarzyszeń. Sprowadzono też przedstawicieli środowisk młodzieżowych, inteligenckich, robotniczych, buddyjskich i kobiecych. W oficjalnych materiałach, skierowanych do społeczeństwa południowowietnamskiego, odwoływano się do ideałów patriotycznych i demokratycznych. Obiecywano postęp cywilizacyjny: mądre reformy, wzrost gospodarczy, sprawiedliwość społeczną oraz rozwój kultury i oświaty. Przyszłe, zjednoczone państwo wietnamskie miało być neutralne, a więc bezpieczne i wolne od wyniszczających wojen. Te wszystkie populistyczne zabiegi służyły jednemu celowi. Chodziło w nich o to, żeby zwerbować do Wietkongu jak najwięcej ochotników. Tam, gdzie wietkongiści zdołali przejąć władzę, stosowano także metodę “dobrowolnego przymusu”. Każdy, kto żył na tych terenach, musiał należeć do którejś z oficjalnych organizacji. Sęk w tym, że wszystkie te organizacje były kontrolowane przez rebeliantów. Wietkong cieszył się sympatią zachodniej lewicy, która nie miała pojęcia, co tak naprawdę się dzieje na Półwyspie Indochińskim. Partyzantka nacjonalkomunistyczna skrzętnie ukrywała swoje prawdziwe oblicze. A było ono totalitarne.


Król partyzantów

Jeśli uważnie przyjrzymy się zdjęciom dokumentującym późną działalność Ho Chi Minha, spostrzeżemy, że słynnemu politykowi często towarzyszy pewien czarnowłosy dżentelmen. Młodszy o jedno pokolenie i obdarzony przeszywającym spojrzeniem. To generał Vo Nguyen Giap, były partyzant Viet Minhu, minister obrony. Człowiek, który pobił Francuzów pod Dien Bien Phu i doprowadził do wypędzenia Amerykanów z Wietnamu. Według polskojęzycznej Wikipedii, ustalenie dokładnej daty urodzenia generała jest bardzo trudne. Różne źródła podają, że przyszedł on na świat w roku 1910, 1911 lub 1912. Kiedy umarł, a było to w roku 2013, prawdopodobnie miał już ponad 100 lat. Artur Dmochowski twierdzi, że Vo Nguyen Giap był najbliższym współpracownikiem Ho Chi Minha. Gdy Ho był nieobecny, zastępował go właśnie Vo. Pogromca zachodnich najeźdźców dał się poznać jako wybitny strateg, ale również osobnik despotyczny, który bez mrugnięcia okiem dławił opozycję polityczną. Radykalizm Giapa wynikał zapewne z jego głębokiego nacjonalizmu. “Historia Wietnamu budziła w nim dumę, uczucie wyższości i wiarę w możliwości narodu, a także nienawiść do tych, którzy poniżali i krzywdzili jego kraj” - wyjaśnia Dmochowski. Generał mógł też się zmagać ze zwykłym, ludzkim resentymentem. “Jego żona, również działaczka antyfrancuskiego ruchu oporu, zmarła wskutek tortur zadanych w więzieniu” - podaje Bogusław Brodecki, autor książki “Dien Bien Phu 1954” (“Historyczne bitwy”, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 1998). Rola, jaką Giap odegrał w Wietnamie Północnym, jest nie do przecenienia. Ho bez Vo to jak Gomułka bez Moczara.


Natalia Julia Nowak,
10.07. - 02.08. 2016 r.


PS.
Co o “wujku Ho” sądził prof. Władysław Góralski, znany orientalista związany z Uniwersytetem Warszawskim i Polską Akademią Nauk? “- Był nie tylko wybitną, ale również ciekawą postacią. Cieszył się olbrzymim autorytetem we własnym kraju i szacunkiem przeciwników. Symbolem uznania był fakt, że kiedy zmarł, Stany Zjednoczone ogłosiły zawieszenie broni na czas żałoby - mówił na antenie PR dyplomata i historyk Władysław Góralski. (…) - To był działacz ruchu rewolucyjnego, którego marzeniem była niepodległość Wietnamu. Na tej drodze gotów był współpracować ze wszystkimi, którzy chcieli i mogli tą walkę poprzeć - podsumował ekspert”. Źródło: mjm, “Ho Chi Minh stworzył Wietnam”, serwis PolskieRadio.pl.


PRZYPISY

[1] “Zatrzymani przechodzili w obozach intensywny kurs indoktrynacji politycznej. Polegał on na słuchaniu wykładów i obowiązkowej lekturze pism partyjnych. (…) Więźniowie musieli szczegółowo opisywać swe ‘zbrodnie przeciwko ludowi‘, prosić Rewolucję o łaskę i składać przyrzeczenia lojalności wobec władz. (…) Bicie i tortury były na porządku dziennym. Więźniów zmuszano do niewolniczej pracy. Za niewykonanie normy lub ‘brak entuzjazmu do pracy’ mogli zostać rozstrzelani. A nawet bez tych wszystkich szykan przeżycie pobytu w obozie, położonym zwykle w bagnistej, malarycznej dżungli, nie należało do łatwych. Pracujący ponad siły więźniowie otrzymywali zaledwie 500 gramów żywności dziennie, a spali na ziemi lub w błocie. (…) Dla tych, którym udało się przeżyć obóz i zakończyć ‘reedukację‘, wyjście na wolność nie oznaczało końca cierpień. Byli naznaczeni piętnem ‘wrogów ludu‘, szykanowani, inwigilowani, pozbawieni pracy. (…) A społeczeństwo, do którego powracali w miarę upływu czasu, coraz mniej przypominało to, które znali sprzed 1975 r. O tych, którzy opuszczali obozy w roku 1976 czy 1977, trudno już było powiedzieć, że wychodzą ‘na wolność‘” [A. Dmochowski, “Wietnam 1962-1975”, Warszawa 2003, s. 305-308]

[2] Informacja z filmu dokumentalnego “Ho Chi Minh” (A&E Television Networks 2009). Mariusz Karwowski, twórca tekstu zamieszczonego w roczniku “Azja-Pacyfik”, wyłuszczył sprawę następująco: “Przeszkodą w pełnym urzeczywistnieniu deklarowanej niepodległości stały się postanowienia mocarstw podjęte podczas konferencji w Poczdamie. Na ich mocy czasową administrację w Indochinach miały pełnić wojska chińskie i brytyjskie. Ho dostrzegał szczególne zagrożenie związane z obecnością wojsk północnego sąsiada. W obawie przed przekształceniem tej tymczasowej sytuacji w trwałą okupację zdecydował się na podjęcie rozmów ze stroną francuską. Ceną za wycofanie chińskich oddziałów i uznanie podmiotowości było znaczne ograniczenie suwerenności i włączenie DRW w struktury Federacji Indochińskiej i Unii Francuskiej. Podpisane porozumienie zostało w Wietnamie przyjęte z rozczarowaniem. Ho zdawał sobie jednak sprawę, że układ nie będzie trwały, zaś dążenie każdej ze stron do przejęcia pełni władzy doprowadzi wkrótce do konfliktu”. Wojna, która wybuchła kilka/kilkanaście miesięcy po negocjacjach z Francuzami, przyniosła Wietnamczykom całkowite wyzwolenie spod kolonialnego jarzma. Pełna niepodległość i zjednoczenie kraju nadeszły dopiero w latach 70. XX wieku.


Ewan MacColl - “The Ballad of Ho Chi Minh”
(piosenka brytyjska z lat 50. XX wieku)

https://www.youtube.com/watch?v=wPBmNpWxK94

Ile osób ginie w filmie “Rambo: First Blood Part II”?
https://www.youtube.com/watch?v=Qivvd02NVeo

Ho Chi Minh - zdjęcie kolorowe
http://www.thefamouspeople.com/profiles/images/ho-chi-minh-12.jpg

Rok 1956. Ho przeprasza za mord na obszarnikach
https://vietcongonline.files.wordpress.com/2014/12/1175.jpg

Vo i Ho (“wujek Ho” w krótkich spodenkach)
http://www.trbimg.com/img-524ee0e9/turbine/lat-vo-nguyen-giap-wre0011692941-20080218

Ho, Gomułka, Cyrankiewicz - 1957 rok
http://mediastore2.magnumphotos.com/CoreXDoc/MAG/Media/TR2/6/9/a/9/PAR160761.jpg

Partyzanci Wietkongu w małych łódeczkach
http://imagenes.lainformacion.com/2013/01/25/mundo/Vietnam-Norte-modifica-estrategia_555255552_50150990_2500x1708.jpg

 

KOMENTARZE

  • Autorka
    Witam, Pani Natalio,
    Mieszkam na Żoliborzu w pobliżu Cytadeli Warszawskiej i bardzo często chodzę tam na spacer. Na szczycie, w Bramie Straceń widnieje wielka tablica umieszczona tam jeszcze przez poprzedni ustrój, przed którą za PRL i jeszcze długo potem płonął tzw. wieczny znicz, dziś już wygaszony i zardzewiały. Napis na tablicy głosi: „Wieczna chwała bohaterom walki o wyzwolenie NARODOWE I SPOŁECZNE.” Pod tym napisem jest bardzo długa lista nazwisk osób, w większości znanych z podręczników naszej historii, zakatowanych w Cytadeli, albo powieszonych i rozstrzelanych na jej stokach.
    Swoimi materiałami, takimi jak ten, wydobywa Pani bardzo cenny i mało uświadamiany fakt, że wiele – jeśli nie większość – ruchów narodowych ma charakter prospołeczny, czyli tradycyjnie lewicowy. Dziękuję, że Pani o tym pamięta.
    Z narodowo-lewicowym pozdrowieniem BJ
  • @
    cyt:// Okazało się jednak, że świetnie wyszkoleni i znakomicie uzbrojeni Jankesi nie mogą sobie poradzić z prymitywną partyzantką z kraju Trzeciego Świata. Po dziewięciu latach syzyfowej pracy (a raczej walki) USA postanowiły dać sobie z nią spokój.//

    Dlaczego_Ameryka przegrywa wojny?

    Odtajnione materiały Kongresu USA.
    "Reguły postępowania w wojnie w Wietnamie"
    (Congressional Record June 6, 1975, pp. S9897-S9904)

    W walce na obszarze zabudowanym w którym "wiedziano, że chronią się wrogowie (Wietkong)", zanim się ich zaatakuje należało "ogłosić przez głośnik ostrzeżenie i zrzucić ulotki". Można było odpowiedzieć ogniem tylko "jeśli wróg był pozytywnie zidentyfikowany i w bliskim kontakcie". Wrogi snajper i ogień moździerzy nie liczył się jako "kontakt", chyba że "taki ogień kolidował z planem manewru czy powodował straty w ludziach i sprzęcie". Wojska amerykańskie mogły używać w zaludnionych obszarach tylko broni o płaskiej trajektorii jak (karabin, karabin maszynowy, karabin bezodrzutowy) i granaty. Ta broń wystawiała jednak na strzał żołnierzy. Jest oczywiste, że ogromna przewaga USA na lądzie była świadomie redukowana przez Departament Stanu USA. Podobnie było w powietrzu. Pilotom nie pozwalano, kierować ognia tam gdzie sądzili, że wróg się ukrywa. Musieli być "pewni, że uderzenie było wymierzone we wrogie źródło" Na wielu obszarach walki koszmarem było otrzymanie zezwolenia wyższego dowództwa, nawet jeśli rozpoznano wroga czy nawet wrogi ogień z ziemi. Należało uzyskać zgodę całego łańcucha decydentów. Od "szefa prowincji, szefa dystryktu, dowódcy batalionu czy też wyższego dowództwa". W tym czasie wróg najczęściej znikał. Wrogie lotniska były nie dostępne dla ataku, "jeśli obecny tam był samolot z oznaczeniem trzeciego państwa". Zapory, śluzy, kanały i cele w obrębie 11 mil od większych miast były "zakazane bez wcześniejszej zgody Połączonych Sztabów". Należało "życzyć szczęścia" żeby ją otrzymać. To tylko niektóre z ograniczeń narzucone przez rząd USA, którym podlegali amerykańscy żołnierze.Te reguły w rzeczywistości pomagały wrogowi i z tego powodu ta wojna trwała tak długo (14 lat) i spowodowała tyle ofiar.

    Czemu wobec tego miała służyć ta wojna?

    Ta wojna miała zmienić świat i... zmieniła. W ten sposób żydzi zwalczali nacjonalizm w Stanach Zjednoczonych i w Europie. Wojna w Wietnamie była pierwszym konfliktem zbrojnym, który był transmitowany przez żydowskie media i to właśnie telewizja zupełnie wypaczyła jej przekaz.
    Amerykańscy studenci, którzy wzorem swoich rówieśników z Francji czy Niemiec pluli na flagi własnych krajów, paradowali na ulicach w koszulkach z ludobójcą Che z więzienia La Cabana, wieszali na uniwersytetach wielkie wizerunki Lenina i palili karty powołań, byli bohaterami żydowskich filmów fabularnych, seriali, książek i codziennych wiadomości. Należy jednak przypomnieć, że według większości "historyków" to właśnie bunty studenckie (a nie anty wojenne prawo uchwalone przez rząd USA) podcięły morale amerykańskich żołnierzy. Ho Chi Mihn był jedynym przywódcą wrogiego państwa, którego młodzi (commie) ludzie w Ameryce fetowali, podczas gdy walczył on przeciw ich rodakom. A Ho Chi Mihn celowo zabiegał o amerykańskie poparcie. Wiedział, że ta wojna o zwycięstwo komunizmu będzie wygrana w Stanach Zjednoczonych, a nie w Wietnamie, tak jak wojna o zwycięstwo komunizmu przeciw Francji została wygrana we Francji, nie zaś w Wietnamie. W Stanach Zjednoczonych wojna wywoływała ostre konflikty społeczne. Duża część społeczeństwa amerykańskiego doszła do wniosku, że działania wojsk amerykańskich w Wietnamie są nielegalne lub wręcz zbrodnicze. To doprowadziło do ogromnego spadku zaufania do sił zbrojnych i instytucji rządowych. Konflikty te miały wpływ na reorganizację armii amerykańskiej, która została całkowicie uzawodowiona w okresie rządów prezydenta Nixona i jego następców.
    http://arjanek.neon24.pl/post/131955,dlaczego-ameryka-przegrywa-wojny
  • @Arjanek 15:42:24
    Wojna w Wietnamie była zwycięstwem wietnamskiego nacjonalizmu. Ho Chi Minh był komunistyczny w kwestiach gospodarczych, ale nacjonalistyczny w kwestiach narodowych. A zatem był nacjonalistą. I wygrał z wielonarodowym, wielokulturowym imperium, jakim są Stany Zjednoczone.

    Działania USA w Wietnamie jak najbardziej BYŁY nielegalne i zbrodnicze. Na szczęście, Jankesi dostali dostali po pupie, tak jak na to zasłużyli.

    Stany Zjednoczone są wrogiem całego świata. Są również ogromnym zagrożeniem dla nas, ludzi Europy Środkowo-Wschodniej. Każda porażka USA powinna być przez nas traktowana jako NASZE zwycięstwo.

    Precz z Zachodem!
  • @Natalia Julia Nowak 17:54:56
    cyt:// Ho Chi Minh był komunistyczny w kwestiach gospodarczych, ale nacjonalistyczny w kwestiach narodowych. A zatem był nacjonalistą.//

    Mylisz się.

    Dla komucha własność prywatna to kradzież. Jak taki komuch może jednocześnie kochać swojego rodaka i uważać go za złodzieja?
    Nacjonalkomunizm to sprzeczność sama w sobie.

    Cała kultura człowiecza budowana jest nie w oparciu o masy lecz o wybitne jednostki, które dziedziczą zdolności, a te jednostki komunizm niszczył i niszczy nadal. Rządy ludu to aberracja, to rządy głupoty i mierności.

    Poczytaj tego eksperta od nacjonalizmu, który w przemówieniu z 1932 do przemysłowców wyjaśnia te różnice.

    This entire structure of culture, down to its foundations and in each of its building blocks, is nothing other than the result of creative talent, the achievement of intelligence, and the industriousness of individuals. The greatest results are the great crowning achievement of individual geniuses endowed by God; the average results are the achievement of men of average ability; and the total result is undoubtedly a product of the application of human working power towards the exploitation of the creations of geniuses and talented men. But this naturally means that, when the capable minds of a nation-who are always in the minority-are given a value equal with all the others, this must result in subjugating the genius to the majority, in subjecting the ability and the value of the individual to the majority, a process which is mistakenly called the rule of the people. This is not the rule of the people, but in fact the rule of stupidity, of mediocrity, of half-measures, of cowardice, of weakness, and of inadequacy. The rule of the people is rather when a people allows itself to be governed and led in all areas of life by its most capable individuals who are born for the task, than to allow all areas of life to be administered by a majority which, by its very nature, is alien to these areas.
    http://der-fuehrer.org/reden/english/32-01-27.htm
  • @Arjanek 15:42:24
    // Pilotom nie pozwalano, kierować ognia tam gdzie sądzili, że wróg się ukrywa. Musieli być "pewni, że uderzenie było wymierzone we wrogie źródło"//

    Operacja „Rolling Thunder”
    W 1964 r., chcąc zniszczyć wietnamskie bazy zaopatrzeniowe i logistykę Wietkongu, Amerykanie rozpoczęli operację bombardowania wschodniego Laosu. Natomiast 2 marca 1965 r. lotnictwo USA rozpoczęło zmasowane bombardowania Wietnamu Północnego w ramach operacji „Rolling Thunder”. W kwietniu 1965 r. prezydent L. B. Johnson podjął decyzję o zastosowaniu bombowców B-52 dalekiego zasięgu, startujących z bazy wojskowej na wyspie Guam. Ich pierwszym celem były bazy Wietkongu w prowincji Běnh Dương w Wietnamie Południowym. Mimo, iż zrzucono 1275 ton bomb, każda o wadze 337 kg, nie uzyskano satysfakcjonujących efektów. Niedługo potem wprowadzono do walki zmodyfikowane bombowce B-52D, które mogły przenosić jednorazowo aż 108 sztuk bomb o łącznej wadze 27–36 ton. Ogólnie, od 1965 r. do 1973 r. bombowce B-52 wykonały 126 615 lotów, w tym 98 000 na obszar Wietnamu Północnego, zrzucając ok. 2 633 035 ton bomb różnego typu, m.in. specjalne bomby rozrywające. Eskalujące ataki amerykańskie stopniowo traciły jednak swoją skuteczność, gdyż od 1968 r. partyzanci Wietcongu oraz kierownictwo polityczne Północnego Wietnamu znało wcześniej cele bombardowań oraz kierunki wielu operacji armii amerykańskiej. Prewencyjnie wówczas ewakuowano zagrożony bombardowaniami rejon przed mającymi nastąpić uderzeniami. Informacje przekazywane były partyzantom północnowietnamskim z komórek rozpoznania elektronicznego radzieckiego wywiadu wojskowego GRU. Dzięki informacjom agenta KGB Johna Anthony'ego Walkera, oficera łączności ze sztabu dowódcy floty okrętów podwodnych na Atlantyku, w styczniu 1968 r. GRU wszedł w posiadanie list kodów i gam szyfrujących do urządzenia kryptograficznego KL-47.

    Ponad 2,5 miliona (!) ton (!) bomb "pewnie wymierzone we wrogie źródło" !
    Pieprzysz Pan, Panie Arjanek....
  • @Arjanek 15:42:24
    //. Zapory, śluzy, kanały i cele w obrębie 11 mil od większych miast były "zakazane bez wcześniejszej zgody Połączonych Sztabów".//

    W latach 1962-1971 w ramach operacji Ranch Hand amerykańskie wojsko zrzuciło na wietnamskie lasy i pola uprawne 72 mln litrów herbicydów, by pozbawić komunistycznych partyzantów Wietkongu schronienia i żywności. Najszerzej stosowana była mieszanka nazywana agent orange (czynnik pomarańczowy) od koloru oznaczeń na beczkach, w których ją przechowywano. Była ona skażona dioksyną TCDD - substancją określaną jako jedna z najpotężniejszych trucizn znanych nauce.
    TCDD powoduje raka i szereg innych chorób oraz wady wrodzone u potomstwa. Odkłada się w tłuszczu zwierząt i wędruje w górę łańcucha pokarmowego. Okres połowicznego zaniku dioksyny w ciele człowieka wynosi ok. 10-15 lat, natomiast w wodach gruntowych wydłuża się nawet do ponad 100 lat.
    Herbicydami opryskano prawie jedną czwartą Wietnamu Południowego, obszar, na którym znajdowały się 3 tys. wsi i mieszkało 4,5 mln osób. Władze Wietnamu szacują, że od tamtego czasu w wyniku działania dioksyny zmarło 400 tys. ludzi, a pół miliona dzieci urodziło się z wadami. Według szacunków Wietnamskiego Stowarzyszenia Ofiar Agent Orange (VAVA) w kraju żyje obecnie ok. 3 mln osób z dolegliwościami wywołanymi przez tę substancję.
    - Najstraszniejsze jest to, że trucizna wpływa na geny. Powoduje deformacje u dzieci i wnuków osób, które miały z nią bezpośrednią styczność. Obecnie mamy w Wietnamie trzy pokolenia ofiar agent orange - mówi wicedyrektor VAVA w Danangu Phan Thanh Tien, pokazując PAP dziesiątki zdjęć upośledzonych i zdeformowanych dzieci, podopiecznych organizacji.

    72 mln litrów herbicydów (!) na wietnamskie lasy i pola uprawne...
    Cele w obrębie 11 mil od większych miast były "zakazane"...
    Pieprzysz Pan, Panie Arjanek....
  • @Arjanek 15:42:24
    Tak z ciekawości: udokumentowane przykłady ludobójstwa Che Guevary?
    Proszę o takie, bo różnie się o Che mówi lecz o jego ludobójstwie nie słyszałem.
  • @Arjanek 18:53:30
    "Cała kultura człowiecza budowana jest nie w oparciu o masy lecz o wybitne jednostki, które dziedziczą zdolności, a te jednostki komunizm niszczył i niszczy nadal. Rządy ludu to aberracja, to rządy głupoty i mierności."
    Tak oczywiście Jaśnie Panie Arjanek.
    Już robole w jaśniepańskich fabrykach zapierdzielają na śmieciówkach, jeszcze trzeba dla chłopstwa wprowadzić z powrotem pańszczyznę i wybitne jednostki będą kontent.
  • @Natalia Julia Nowak 17:54:56
    "Precz z Zachodem" - za bardzo to uogólnione, na tzw. Zachodzie mieszka wiele porządnych ludzi i w USA też, jednak nie dopuszczani są do głosu lub są atakowani, przez taki typ zindoktrynowanych lub prowadzących, jak jaśnie pan oświecony Arjanek, nadający pewnie z szikagowskiego jackowa.
    Pozdrowienia Natalio, piąteczka gwiazdek za artykuł:)

OSTATNIE POSTY

więcej

MOJE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031